![]() |
![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() |
Andrew Weatherall - Profil | ||||||||||||||||||||||||
„Jestem klasycznym przykładem życiowego nieudacznika. Stąpam po tej cienkiej dróżce pomiędzy mistrzostwem świata a totalną amatorszczyzną.” – Andrew Weatherall, 1997 Na cytatach Weatheralla polegaj jak na Zawiszy. Od zamierzchłych czasów początków acid house po dziś dzień, jeśli szukasz dobrze przyprawionych opinii na temat mdłego światka muzyki tanecznej, na Andrew się nie zawiedziesz. I masz równe szanse: Weatherall cię rozbawi albo wkurzy. Pyszałek i autentycznie chimeryczny DJ. Producent pop. Bastion undergroundu. Marionetka z Balearów. Elektroniczny eksperymentator. Niezrównany odkrywca krainy minimal techno. Zrzęda. Londyńczyk. Takie i inne określenia padały z ust fanów oraz krytyków podczas prób definiowania roli Andrew w muzyce. I jak dotąd „definicja” taka nie istnieje. O ile w każdym z tych określeń jest ziarnko prawdy, to często są przesadzone. Bo w mętnych wodach sceny tanecznej Weatherall jest jak błyszcząca złota rybka. I widać to wyraźnie tak teraz, jak 15 lat temu, kiedy powstawał „Loaded”. Historia tego dinozaura sięga początków brytyjskiego acid house. Załatwiwszy sobie udział w legendarnym cyklu imprez Shoom Night Danny’ego Ramplinga, wygrywał tam rzeczy, które można było nie tak dawno usłyszeć na retrospektywnej kompilacji Andrew zatytułowanej „9 O'Clock Drop”. Z kolei koneksje z wytwórnią i fanzinem „Boys Own” zaowocowały produkcjami, remiksami i serią występów w kultowych klubach w Londynie: Blood Sugar, Circulation i oczywiście Sabresonic (gdzie pierwsze kroki stawiał też David Holmes). Ale to dzięki grupie Primal Screen świat usłyszał o Weatherallu. Mając już na sumieniu kawałek „Screamadelica”, Andy wziął się za kolejną produkcję Primal Scream („Loaded” – przyp. red.). Powstała w wyniku jego manipulacji hybryda narkotycznie upośledzonego rocka i acid house jest po dziś dzień wykładnią dla definicji całego gatunku. Za sprawą klubu Sabresonic i remiksów, jakie w tamtym czasie miał już na swoim koncie, Andrew związał się z Garym Burnsem i Jagzem Koonerem oraz tworzącą się właśnie grupą Sabres of Paradise. Nikt jednak nie był do końca pewien czy podczas występów bandu Andrew robił coś oprócz stania obok sceny i jarania szlugów. Pewne jednak było to, że doświadczenia z Sabres odwiodły Weatheralla od rozwijania czerpiącego z podziemi, nawiązującego do „Screamadeliki” brzmienia. Dopiero później mogło stać się ono zalążkiem ciemnego, eksperymentalnego stylu, dzięki któremu Andrew stał się znany i poważany. Po ostatecznym rozpadzie bandu i ich labelu, Andrew wraz z innym kamratem z Sabres, Keithem Tenniswoodem, zakłada grupę Two Lone Swordsmen. Pod tym szyldem artyści wydają serię singli i albumów. Keith wcześniej pracował już z takimi jak Aloof, David Holmes czy Red Snapper. Z późniejszych solowych osiągnięć Tenniswooda wartymi odnotowania są natomiast zaskakujące electro breaki, które dla Rotters Golf Club wydał jako Radioactive Man. Wspomniany duet przez długi czas doskonalił w zaciszu studio swój własny styl lo-fi, dostarczając tym samym zagorzałym eksperymentalistom powodów do zachwytu. Powodów do frustracji natomiast Two Lone Swordsmen dostarczali wielu tym fanom, którzy uważali, że Andrew powinien przestać robić z siebie idiotę i sklecić coś na kształt dubowatych ibizowych produkcji, na których swego czasu się wybił. Na szczęście Andrew nigdy nie słuchał tych ostatnich. I zamiast ibizowych wytwórczości światło dzienne ujrzała produkcja „Fifth Mission – Return to the Flightpath Estate”. Ciągnące się kilometrami, naładowane po brzegi muzyką dwa kompakty o chwiejnej pozycji pomiędzy parkietowym gromem z jasnego nieba, a krosnem przetykającym popieprzoną właśnie zasłyszanymi dźwiękami głowę niepokojącym brakiem poważania bądź to dla własnych oczekiwań, bądź całego gatunku. Niedługo potem, jakby chcąc swoich wielbicieli wprawić w dodatkowe zakłopotanie, Andrew i Keith wydali jeszcze szereg deep house’owych produkcji pod pseudonimami Lino Square, Rude Solo i kilkoma innymi, o których głośno miało dopiero być. Z kolei Two Lone Swordsmen po nagraniu kilku projektów dla ich własnej wytwórni Emissions, wrócili do Warp wydając po kolei „Sticky/ Gay Spunk”, „A Virus With Shoes” i „A Bag of Blue Sparks”. Potem znów sięgnęli po muzykę Primal Scream. Tym razem z utworu „Stuuka” powstało nadzwyczaj makabryczne reggae-electro. Następnie przyszedł czas na „Stay Down”, drugi album Samotnych Rycerzy. Tytuł płyty (ang. stay down znaczy pozostawać na stałym poziomie – przyp. red.) w pełni oddaje jego charakter. Trzeci album duetu („Tiny Reminders”) oraz czwarty, „Further Reminders” to kolejne dwa kije wetknięte przez Andrew i Keitha w muzyczne mrowisko. I kolejny dowód na to, że tych dwóch panów, jak nikt inny, potrafi zmusić maszyny do grania. Obecnie Andrew dzieli swoje moce produkcyjne pomiędzy różne projekty. Kompilacja nagrana z Richardem Fearlessem na ten przykład to wycieczka ciemną dróżką do samego serca parkietu. Najnowszy album Two Lone Swordsmen, „From The Double Gone Chapel”, został wydany w maju 2004. Na płycie pośród żywych instrumentów, jak bas czy gitara (na których gra Keith) usłyszymy śpiewającego Andrew. Album klimatem nawiązuje do mrocznych brzmień nieprzeniknionego londyńskiego podziemia czasów Sabres of Paradise, a także ujawnia bogactwo wpływów: dub, country, industrial, electro, punk i innych źródeł, z których Rycerze chętnie czerpią. Oryginalny tekst i zdjęcia za uprzejmością www.haywire.co.uk
|
| Projekt i wykonanie: Sebastian Napora :: Wszelkie prawa zastrzeżone © 2003-2006 Sound Revolt |