...ciąg dalszy artykułu Sound Revolt: Drogie połączenia z Australią to w sumie jeden z powodów, dla których przyjechaliśmy aż do Budapesztu, żeby Was usłyszeć. Podejrzewamy, że polskich promotorów nie stać jeszcze na Infusion, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji, gdy jesteście w miarę blisko. Infusion: Fajnie
Sound Revolt: Grając na żywo improwizujecie. A jak było w przypadku Essential Mixu? Infusion: Dokładnie tak samo. Jedyna różnica polegała na tym, że Essential nagrywaliśmy w studiu bez publiczności i nie mieliśmy się do kogo odnieść. Niechętnie to robiliśmy, bo pachniało nam to trochę masturbacją. Ustawiliśmy sprzęt do grania na żywo i po prostu zaczęliśmy grać. Mieliśmy jeden falstart – po pół godzinie stwierdziliśmy, że nam nie idzie i że trzeba zacząć od początku. Ale za drugim podejściem było już z górki. Graliśmy trochę za długo, ale po kilku cięciach wyszło 120 minut.
Sound Revolt: Niesamowite! Infusion: (śmiech) Czujemy się bardzo odpowiedzialni za to, co robimy i chcemy pozostać temu wierni. Nie zawsze nam to wszystko wychodzi, lecz nikt nie mówił, że ma być łatwo. Podoba nam się fakt, że za każdym razem gramy inaczej. Nawet gdybyś przychodził na 20 naszych występów z rzędu to i tak nie usłyszysz tego samego. To, że improwizujemy sprawia, że wciąż nas to kręci.
Sound Revolt: Wokale też są na żywo? Infusion: Jasne – chyba nawet najbardziej. Każdy element utworu jest zapętlony i znajduje się na osobnej klawiaturze. Każdy bębenek, talerz, bas jest w 16-, bądź 32-taktowych loopach, które widzimy na wyświetlaczu i decydujemy, co akurat ma wejść. Nie dość więc, że każda kombinacja tworzona jest w locie, to jeszcze każdy dźwięk miksowany jest osobno. Wadą tego jest, że nie możemy grać zbyt zawile. Nie mamy do dyspozycji zagmatwanych build-upów i nie możemy skakać po różnych częściach utworu, więc musimy osiągać cel innymi sposobami. No cóż, taka jest cena grania na żywo.
Sound Revolt: Czy Essential Mix jest równie istotny w Australii jak w Europie? Infusion: Nie, bo nikt u nas nie odbiera Radio 1. Poza tymi, którzy ściągają Essential z netu, nikt tego nie słucha. Pomijając komercję, scena taneczna w Australii wcale nie jest duża. Myślę, że góra kilka tysięcy ściąga Essential Mix.
Sound Revolt: Wiesz, z naszej perspektywy wygląda to nieco inaczej. Australia ma Infusion, Luke’a Chable’a i Kasey Taylora. Macie też Dance Music Awards. To wszystko sprawia wrażenie, że scena taneczna w Australii jest całkiem popularna. Infusion: Myślę, że przyznając te nagrody chcemy sprawić, żeby scena była bardziej popularna. Pomimo faktu, że miło jest, gdy ludzie doceniają to, co robisz, to takie nagrody w Australii są jeszcze przedwczesne. To nie są Oskary. Nikt spoza społeczności klubowej nie ma pojęcia o istnieniu Dance Music Awards.
Sound Revolt: W Polsce scena taneczna kojarzy się zupełnie z czymś innym. Laserowe trance’y, Blank & Jones... Infusion: U nas jest dokładnie tak samo. Ludziom przychodzi na myśl Vengaboys. Właśnie taka muzyka trafia na listy przebojów. Nawet Ferry Corsten nie jest u nas zbyt popularny. Australia jest jeszcze bardziej komercyjna niż to. Nasze brzmienie jest tam w podziemiu i choć na swój sposób jesteśmy popularni, to z mainstreamem nie ma nawet co się porównywać.
Sound Revolt: Nie wiesz czasem czy Luke Chable w ogóle sypia? Infusion: (śmiech) On ma strasznie dużo na głowie. Chyba nawet za dużo. Z jednej strony chyba jest pracoholikiem, a z drugiej po prostu bardzo szybko pracuje. Może siedzieć nad jakimś pomysłem przez kilka tygodni, lecz potem skończy go w ciągu popołudnia. Raz, dwa, trzy – gotowe. Ale tak czy siak wziął na siebie strasznie wiele. Do tego jeszcze nagrywa właśnie kompilację. To chyba dlatego, że jest jeszcze dość młody i wciąż ma ten entuzjazm do pracy. To naprawdę świetny i bardzo utalentowany koleś.
Sound Revolt: Właśnie zalewa scenę. Infusion: No! Chyba nawet jego menadżer nie ma pojęcia o połowie kawałków, które Luke wydaje. Zrobił strasznie dużo rzeczy na raz. Całkiem płodny z niego artysta.
Sound Revolt: Czy macie żony? Infusion: O Boże, nie! Żadnych żon, dzieci. Jesteśmy kawalerami i mamy jeszcze czas na takie rzeczy.
Sound Revolt: A ile tak właściwie macie lat? Infusion: Ja 28, Manuel 27, a Frank 26.
Sound Revolt: Chcieliśmy zadać to pytanie Manuelowi, lecz skoro go nie ma... Czy on także pracuje solo? Frank nagrywa jako Fex, a Ty wydałeś niedawno singel na Looq. Infusion: „The Night Before” to była tylko jednorazowa akcja. Ten utwór nagrałem dwa lata temu ot tak sobie, gdy chłopaki byli na urlopie w Sydney. Co do Franka, to on pracuje piekielnie szybko i w chwili wolnego czasu potrafi zrobić kawałek. Oczywiście nie mamy pojęcia o jego istnieniu, dopóki nie zostanie wydany. Potem tylko zdziwieni pytamy „Kiedy to zrobiłeś?! To jest naprawdę dobre”. Wszyscy mieszkamy w tym samym domu, lecz Frank pracuje w słuchawkach i słyszymy dopiero efekt końcowy. Manuel z kolei nie wydaje na własną rękę. Robi sporo kawałków w wersjach demo, które potem rozwijamy do pełnych piosenek. Ma jednak dużo pomysłów, które nie bardzo pasują do Infusion. Nie wiem – może kiedyś zrobi z nimi coś na własną rękę. Jednak tak jak mówiłem – teraz nasz album jest na pierwszym miejscu. Frank odpuścił Fexa, a ja nie nagrałem nic od wieków. Najnormalniej nie mamy już na to czasu.
[Poprzednia strona][Następna strona] Komentarze[0]
Dodaj komentarz
|