 Infusion – najgorętszy elektroniczny live act na świecie i jedni z najbardziej wziętych remikserów. Na scenie istnieją już od kilku lat, lecz to zeszły rok okazał się dla nich przełomowy. Tegoroczny sezon Essentialowy został rozpoczęty właśnie przez nich. Żeby zobaczyć Australijczyków - Jamiego Stevensa, Manuela Sharrada i Franka Xaviera - przyjechaliśmy aż do Budapesztu i wierzcie nam – było warto! Po części dlatego, że udało nam się porozmawiać z liderem grupy – Jamiem. Jeżeli chcesz się dowiedzieć, co ma Essential Mix do masturbacji albo kto finansował pierwsze zagraniczne występy Infusion – ta lektura jest dla Ciebie. Sound Revolt: Jak wrażenia po tegorocznej Miami Winter Music Conference? Infusion: Było dobrze. Do szczególnie udanych zaliczam imprezę Renaissance, na której graliśmy razem z Hernanem Cattaneo, Davem Seamanem, Marcusem Jamesem i Philem K. Klub był pełny a ludzie szaleli, więc było doskonale.
Sound Revolt: Czy czuliście się bardziej rozpoznawalni niż w zeszłym roku? Infusion: Już w ubiegłym roku mieliśmy kilka dziwnych sytuacji, kiedy to ludzie podchodzili do nas na ulicy i mówili „Hej, wy jesteście Infusion!”. Mojej twarzy nie znajdziesz w magazynach, więc skąd do cholery oni wiedzą, że jestem z Infusion? To z jednej strony wspaniałe, że ludzie wiedzą, co robisz, lecz jednocześnie dość dziwaczne, gdy nieznajomi zaczepiają Cię na ulicy. Wracając do pytania – tak, dzięki wielu ubiegłorocznym koncertom poza Australią byliśmy tym razem chyba bardziej znani. Ale to przecież dobrze.
Sound Revolt: Czy ktoś nowy zabłysnął w tym roku? Infusion: Ze względu na nasze koncerty w nocy i testowanie nagłośnienia w ciągu dnia nie chodziliśmy za dużo po imprezach. W piątek przed Ultra Music Festival graliśmy jeszcze w londyńskim Fabric. Imprezę skończyliśmy nad ranem, złapaliśmy samolot, a po południu instalowaliśmy się już na scenie w Miami. Byliśmy więc mocno zmęczeni i nie wynurzaliśmy się za bardzo. We wtorek widziałem świetny występ Zabiela’i i Burridge’a, ale na żadne młode talenty nie wpadłem. Zależało mi na zobaczeniu Michaela Mayera i Telefon Tel-Aviv, lecz niestety też się nie udało.
Sound Revolt: Z Waszego Essential Mixu można by sklecić 1,5 albumu. Jak idą prace nad kontynuacją „Phrases and Numbers” (pierwszy album Infusion wydany w Australii i Japonii, przyp. aut.)? Infusion: Cóż, Essential Mix prawdopodobnie nie będzie miał nic wspólnego z naszym albumem. Nowa płyta to dla nas coś zupełnie innego, bo chcieliśmy po prostu pisać muzykę tak jak robi to trzyosobowa kapela. Pomimo tego, że będzie to muzyka elektroniczna, to raczej żaden didżej nie będzie jej grał. To nie będzie muzyka klubowa.
Sound Revolt: Coś na kształt „Frostbite” może? (jeden z utworów na „Phrases nad Numbers”, przyp. aut.) Infusion: Tak, blisko. Mamy na przykład kwartet smyczkowy, kwintet dęty, gitary. Do tego elektroniczny beat i całkiem sporą ilość wokali. Nadal kochamy robić kawałki na winyle i grać na żywo, lecz dzięki albumowi chcemy odkrywać nowe muzyczne tereny, które byłyby nieosiągalne przy użyciu 12 cali. Próbujemy więc robić muzykę nie myśląc o tym kto lub gdzie ją zagra. Robimy 3 minutowe kawałki bez żadnych rozbiegówek. To dla nas eksperyment, który na szczęście strasznie nas jara i naprawdę się udaje. Póki co nagraliśmy 5 numerów, które poddamy masteringowi w ciągu kilku najbliższych tygodni. Gdy wrócimy do domu z tej trasy, to ukończymy płytę. Znajdziecie na niej zarówno odwołania do „Phrases and Numbers”, jak i postęp, którego dokonaliśmy. Przede wszystkim dużo muzyki i pokręcone rytmy – nie ma co porównywać z Essentialem. Może kilka utworów z niego zostanie rozwiniętych do wersji albumowych, ale na pewno będą wolniejsze i bardziej interesujące.
Sound Revolt: Ale Wasz pierwszy album wciąż nie został wydany w Europie. Czy nadal planujecie to nadrobić? Infusion: Chcielibyśmy ale nie widzę wielkiego sensu aby robić to teraz. Jeszcze rok, dwa lata temu owszem. Może wrócimy do tego pomysłu po wydaniu nowej płyty.
Sound Revolt: Może czteropłytowy zestaw DVD? Infusion: (śmiech) Taa. Może wydamy go później wraz z dodatkowymi remiksami. Zobaczymy. Póki co jednak, to wytwórnia ma prawa do materiału i nic z tym nie robi. My niestety nie mamy na to żadnego wpływu.
Sound Revolt: A na czym polegała wasza praca przy albumie Freelanda – „Now and Them”? Infusion: Wspólnie zrobiliśmy 5 lub 6 utworów, z których 3 znalazły się na płycie. Adam wpadł do nas do studia i przez 3 miesiące – wraz z Frankiem - tworzyliśmy dźwięki. To było naprawdę świetne doświadczenie, bo Freeland jest bardzo utalentowanym artystą i doskonale wie, czego chce. To nie jest jeden z tych didżejów, którzy przychodzą z płytą i mówią „To świetny kawałek. Ja też chcę taki nagrać”. Adam ma konkretny pomysł i sam nawet siada za klawiszami i tworzy dźwięki..
Sound Revolt: Więc jesteście niemalże członkami zespołu Free*land? Infusion: Nie, nie. To bardziej taka przyjacielska współpraca. Pracowaliśmy już z kilkoma didżejami, ale teraz chcemy się skupić na własnej płycie. Przez to robimy też mniej remiksów.
Sound Revolt: Których ilość i tak jest ogromna. Infusion: To trochę śmieszna historia, bo większość z nich powstała w przeciągu roku, a ukazały się mniej więcej w tym samym czasie.
Sound Revolt: Co nie zmienia faktu, że ich ilość dwukrotnie przewyższa ilość oryginalnych produkcji. Infusion: No tak, ale wiadomo, że łatwiej zrobić remiks. Inną przyczyną takiej sytuacji jest fakt, że przerabianie czyichś utworów pomogło nam w zebraniu pieniędzy na koncerty za Oceanem. Gdy jesteś z Australii, nikt nie chce płacić Ci za bilety w obie strony i za granie. W Europie i w Stanach mają własnych artystów i niewiele ich obchodziliśmy. Musieliśmy własnym sumptem przedostać się za Ocean i pokazać na co nas stać, mając nadzieję, że zostaniemy zaproszeni ponownie.
Sound Revolt: Chcesz powiedzieć, że sami finansowaliście swoje pierwsze koncerty za granicą?! Infusion: Dokładnie tak! Pierwszy krok należał do nas, ale jak widać na dłuższą metę opłaciło się. To już nasza czwarta światowa trasa koncertowa.
[Następna strona] Komentarze[0]
Dodaj komentarz
|