 O srebrnych stringach, dwóch tyranach nie słuchających swoich solowych płyt, o tym jak Resident Advisor każe Burridge’owi lubić P.Diddy’ego oraz o wielu innych życiowych sprawach dowiesz się z rozmowy jaką przeprowadziliśmy z Lee i jego urodzą dziewczyną, Camille. Sound Revolt: Czy nadal odwiedzasz Hong Kong? Lee Burridge: Kiedy tylko mogę. Miałem tam jechać za dwa tygodnie, lecz mój przyjaciel promotor, zawiódł sromotnie i brak komunikacji oznacza, że nie jadę.
Sound Revolt: Czy Hong Kong bardzo się zmienił odkąd wróciłeś do Anglii? Lee Burridge: Hong Kong zmieniał się nawet wtedy gdy tam mieszkałem. To niezwykle żywe miasto, gdzie ciągle coś rozwalają. Budzisz się jednego ranka i orientujesz, że brakuje budynku, w którego miejsce już postawiono coś nowego. Taka zabawa zajmuje im 3 miesiące – są naprawdę szybcy. Z mojej perspektywy zmiany jakie zaszły, dotyczą głównie problemu wiz. Praca bez wizy już nie jest tam możliwa i ten podróżniczy ogień miasta trochę przygasł. Ludzie z Australii, czy Tajlandii, którym pokończyły się pieniądze już nie przyjeżdżają do Hong Kongu w celach zarobkowych. To wciąż ekscytujące miasto, lecz wydaje mi się, że dla wielu młodych, podróżujących ludzi nie jest już tak atrakcyjne.
Sound Revolt: Dlaczego akurat to miejsce wybrałeś? Lee Burridge: To właściwie ono mnie wybrało. Po przelotnym mieszkaniu na Jamajce wróciłem do Anglii, gdzie moje życie zaczęło być niezwykle nudne. Na wsi było pięknie, lecz naprawdę nie do życia.
Sound Revolt: Granie dla owiec Ci nie wystarczało? Lee Burridge: 10 wieczorem a wszyscy już w łóżkach! Pracowałem w nocnym klubie i ktoś wręczył mi wizytówkę, pytając czy nie chciałbym pracować w Hong Kongu. Odpowiedź była oczywista. Skończyło się na graniu popu, rock & rolla, disco i hip hopu w barze, gadając do mikrofonu.
Sound Revolt: Karaoke? Lee Burridge: Prawie tak źle
Sound Revolt: Czas na teraźniejszość. „Let’s Get Ill” Deep Dishów było zeszłorocznym hitem konferencji w Miami. Osobiście nie znoszę tej piosenki. Lee Burridge: Ja też nie.
Sound Revolt: Ale w tym roku powiedziałeś, że najgorętszym kawałkiem WMC był „My World” Ericka Morillo i P.Diddy’ego. Lee Burridge: Niczego takiego nie powiedziałem.
Sound Revolt: Według Resident Advisor powiedziałeś. Lee Burridge: Niczego takiego nie powiedziałem.
Sound Revolt: Dziwne. Jeszcze wczoraj czytałem „WMC Perspectives”. Lee Burridge: Cóż, będę rozmawiał z nimi. Wiesz dlaczego? Ponieważ zadali mi to pytanie, lecz na nie nie odpowiedziałem. Dlaczego więc wsadzili to? Porozmawiam sobie z nimi.
Sound Revolt: Naprawdę? Lee Burridge: Tak. Nawet nie wiem co to za kawałek.
Sound Revolt: A co ze stringami, które daliście Billowi Patrickowi? Lee Burridge: (śmiech) Bill jest naszym dobrym kumplem i jakiś czas temu wysłał mi swój nowy miks na płycie. Otworzyłem opakowanie, a w środku była czarna, skórzana rękawiczka z obciętymi palcami i nabita ćwiekami. Wtedy Camille wyskoczyła z tymi ohydnymi, srebrnymi stringami, które postanowiliśmy dać Billowi. Najpierw ja w nich pochodziłem, więc można powiedzieć, że to majtki z drugiego krocza. Billowi bardzo się spodobały. Powiedział: „Zakładam je dla swojej dziewczyny, są bardzo sexyyy”. Na co Camille „O tak! Lee też bardzo sexy w nich wygląda”. Krzyczał jak dziewczynka.
Sound Revolt: Uprałeś je po... Lee Burridge: Oczywiście, że nie! (wszechogarniający śmiech)
Sound Revolt: Tech-house zyskuje ostatnio na popularności. Przejmuje część fanów progressive – jestem zresztą jednym z nich. Ty grasz oba te style. Czy myślisz, że popularność tech-house’u nadal będzie zwyżkować? Lee Burridge: Ciekawa rzecz z tech-housem polega na tym, że stał się on konkretnym brzmieniem, podczas gdy pierwotnie opisywano nim imprezę, na której słyszałeś electro, techno, house, czy deep-house. To dobrze, że zyskuje na popularności, lecz gwarantuję, że jak tylko stanie się naprawdę popularny, ludzie od niego odejdą ze względu na podejście typu „O nie, wszyscy tego słuchają”. Wielu producentów robi coś, co według nich, jest ich interpretacją tech-house’u. Efektem tego jest rozwadnianie całego nurtu, a sok pomarańczowy z wodą to już nie to samo.
Sound Revolt: Czy uważasz, że kluczem może być unikanie melodii? Lee Burridge: Nie. Ja lubię melodie. Kluczem jest unikanie ukartowanych pomysłów. Mnóstwo ludzi daje mi płyty z muzyką i wszystko jest OK, tyle że zamiast zrobić jeden świetny numer, robią dziesięć przeciętnych. Zużywają wszystkie swoje pomysły na dziesięć, zamiast na jeden. Może unikanie właśnie tego byłoby sposobem na rozwijanie interesującej muzyki.
Sound Revolt: A może istnieje zapotrzebowanie na dziesięć przeciętnych kawałków? Lee Burridge: Niestety. Wiem coś o tym, bo nie miałem zbyt wielkiego pojęcia o produkcji i w sumie nadal nie mam. Sposób w jaki DJ lub osoba chcąca nagrać kawałek robi to, jest taki. Wpada jegomość do producenta z trzema płytami i mówi: „Chcę tę część, tę część i tę część”. Efektem tego jest zlepek pracy innych, a niestety niemal wszyscy tak robią. To tak jak z gąbką – wyciskasz aż w końcu jest sucha. To smutne, że gdy ludzie pytają czy grasz progressive house, to przyjmujesz pozycję obronną. Ja robię to samo. Ja wciąż gram progressive house – tak jak ja go pojmuję – lecz to już nie jest „wporzo”. Choć to nawet dobrze, bo ten gatunek może znowu wróci i ludzie zaczną wkładać weń nowe pomysły i znów stanie się interesujący. Nie lubię tego tytułowania wszystkiego konkretną nazwą, choć z drugiej strony sam przecież musisz wiedzieć co Ci się podoba, więc jakoś musisz na to wołać.
[Następna strona] Komentarze[1]
Dodaj komentarz
|