 Wraz z Andym Chatterleym trzęsą światem muzycznym jako Skylark i The Buick Project. W pojedynkę udało mu się niemal zerwać parkiet Piekarni. Mój nowy bohater – Nic Fanciulli. Sound Revolt: Czy czujesz się już jak gwiazda? Nic Fanciulli: Nie. I wiesz co? Mnie najbardziej cieszy fakt, że dzięki pozycji, którą zdobyłem, gram w coraz lepszych klubach. Na przykład dziś – undergroundowe miejsce a ludzi full. Tu nie chodzi o sławę. Wciąż lubię grać w starych, małych klubach z kiepskim nagłośnieniem (śmiech).
Sound Revolt: W jednym z wywiadów na pytanie - jakie cztery słowa opisują cię najlepiej - odpowiedziałeś: nieśmiały, muzykalny, dowcipny i chancer (ang. oportunista dążący do celu po trupach). Nie znam chyba nieśmiałej osoby, która jednocześnie nie miałaby skrupułów w dążeniu do celu. Nic Fanciulli: Słowa „chancer” używam wspólnie z moim kumplem w sytuacjach, gdy przytrafi nam się coś szczęśliwego. To tak jakbyś rutyniarsko strzelił gola, ale ściemniał, że to był fuks. To taka nasza forma zbijania się z rzeczywistości. Wraz z moim byłym współlokatorem, Justinem, używaliśmy tego słowa non stop i po prostu musiałem nagrać coś z „chancer” w tytule. Ale jestem nieśmiały. Szczególnie w nowych miejscach. Nie jestem jednym z tych pijanych krzykaczy, którzy uwieszają ci się na ramieniu (śmiech).
Sound Revolt: A jak zareagowałeś na tytuł Pioneer Breakthrough (ang. przełom) DJ na House Music Awards? Nic Fanciulli: Nagrody są fajne, choć zawsze towarzyszy im gadanie typu: “jemu się nie należało”. Z drugiej strony wydaje mi się, że nagrody nie pasują do muzyki tanecznej. To nie jest pop. No bo skąd pewność, że jestem najlepszym „nowym didżejem”? Na świecie jest tyle dzieciaków!
Sound Revolt: I nie sposób ich wszystkich usłyszeć. Nic Fanciulli: Dokładnie! Miło jest dostać nagrodę, ale jeżdżąc po świecie, widzę mnóstwo świetnych didżejów, nie mogących się wybić poza granicę swojego kraju.
Sound Revolt: W Polsce też jest kilku didżejów, którzy niejednokrotnie byli lepsi niż zagranicznych „gwiazd”, które u nas grały. Nic Fanciulli: Sam grałem na imprezach, na których rezydent był ode mnie 10 razy lepszy. Bo oni znają publikę!
Sound Revolt: Owszem, choć równie dobrze może to być wadą. Jeśli za dobrze znają publikę i grają dla niej zbyt często, nudzą się tym i stają się leniwi. Nic Fanciulli: Prawda, lecz jeśli jest dobra atmosfera, to potrafią zerwać dach.
Sound Revolt: Nie czujesz się jak gwiazda, a w ten weekend będziesz po raz trzeci w Essential Miksie - drugi rok z rzędu! Czego możemy się spodziewać? Nic Fanciulli: To naprawdę wspaniałe. Ten miks będzie wyjątkowy, bo na żywo z naszej imprezy.
Sound Revolt: 8. urodziny klubu Class. Nic Fanciulli: Tak, nie mogę się już doczekać. Tak długo na to czekaliśmy.
Sound Revolt: Jakie jest to miejsce? Nic Fanciulli: Klub jest bardzo podobny do tego. Bardzo mały – na 600 osób.
Sound Revolt: A jak jest w Kent? Nic Fanciulli: Kent to wieś. Poza kilkoma dużymi miastami niewiele się tam dzieje.
Sound Revolt: Nie wiem czy znam kogoś stamtąd... Nic Fanciulli: Digweed i Danny Howells zaczęli grać w Maidstone. John mieszka w Brighton, Hastings a to bardzo blisko. Ale w Maidstone jest spoko. Jest tam niezła scena taneczna z takimi ludźmi jak Mark Knight czy George Andrews. Wywodzi się stamtąd sporo utalentowanych producentów.
Sound Revolt: A kim jest Mark Fanciulli? Zobaczyłem to nazwisko w line-upie urodzin klubu Class. Nic Fanciulli: To mój młodszy brat. Dopiero co skończył 18 lat. Przez ostatnie dwa lata brał udział w konkursach DMC dla „nieletnich” i dotarł nawet do półfinałów. Ale w Anglii te dla nieletnich to co innego niż dla dorosłych. Możesz grać wszystko. Mój brat gra breakbeat - zarówno Lee Coombsa jak i zupełnie nieznane kawałki. Jest bardzo pomysłowy.
[Następna strona] Komentarze[2]
Dodaj komentarz
|