...ciąg dalszy artykułu Sound Revolt: Ciągle jesteś członkiem GC? Angelo Mike: Tak, ale moja rola w agencji trochę się zmieniła. Teraz jestem tylko jednym z DJ'ów Groove Control a kiedyś pracowałem również przy organizacji imprez. Odkąd założyłem sentence.art rozpocząłem pracę na własne konto. To jest moje dziecko, mój twór i to jest dla mnie najważniejsze.
Sound Revolt: Ale jednak zawiesiłeś działalność sentence.art na kilka miesięcy. Dlaczego? Angelo Mike: Nie można czegoś robić non-stop i na siłę. Poza tym sentence od początku była związana z klubem "W5". Tam organizowaliśmy pierwsze edycje "Sentence Progressive Night", potem "Technology". Nieszczęśliwie "W5" zostało zamknięte w ubiegłym roku, więc i my automatycznie zakończyliśmy pewien rozdział działalności. Te imprezy były niesamowicie popularne, między innymi dlatego, że w klubie panowała powszechna radość i rodzinna atmosfera. Nie wyobrażałem sobie miejsca, w którym można byłoby coś takiego powtórzyć. Powiem wprost: nie było klubu w Warszawie, w którym można było odtworzyć atmosferę z "W5".
Sound Revolt: Teraz myślisz, że się uda? Angelo Mike: Myślę, że już się udało! Pokazał to pierwszy "Sentence" w tym roku, gdzie ludzie wprost krzyczeli ze szczęścia. Nasze imprezy, jako jedne z niewielu imprez w Warszawie, zawsze wywoływały tyle entuzjazmu. Wszyscy byli uśmiechnięci! Totalna euforia! Może dlatego, że zawsze przygotowywaliśmy je z sercem i staramy się, żeby ludzie byli szczęśliwi. A oni, kiedy idą na naszą imprezę, są wyluzowani, pełni energii i dają z siebie wszystko.
Sound Revolt: W "W5" była dość ostra selekcja. Może to było kluczem do stworzenia tej niepowtarzalnej atmosfery? Angelo Mike: Tak, to prawda. Myślę, że selekcja miała dość znaczący wpływ na atmosferę w Klubie. Ludzie, którzy chcą czuć się dobrze, muszą czuć się bezpiecznie. Nie chcą mieć koło siebie dresiarzy, czy innych dziwnych typów w czarnych skórach. Na "Sentence" nigdy czegoś takiego nie było, właśnie dzięki selekcji. Ludzie mogli się wyluzować i bawić na całego. Taka sama sytuacja jest teraz w "Klatce".
Sound Revolt: Więc Warszawa ma wreszcie klub z prawdziwego zdarzenia? Angelo Mike: Wszystko zależy od punktu odniesienia. Według mnie, pod względem klimatu i przygotowania właśnie "Klatka" jest najlepszym klubem w Warszawie. Wyobraźmy sobie jednak taką "Klatkę" w Pradze, Paryżu, czy w Londynie. Byłaby tam ciągle dobrym miejscem, ale w kategorii mini klubów. W Polsce nie ma dobrze przygotowanych miejsc dla półtora tysiąca osób. Byłem ostatnio w "Turnmills" w Londynie i jestem pod wrażeniem. Chciałbym, żeby coś podobnego powstało w Warszawie. Kilka sal, w każdej inny klimat, ogromne możliwości przemieszczania się... U nas zawsze są jakieś braki: albo za ciasno, albo kiepskie zaopatrzenie, albo słaby sprzęt. Właściciele klubów chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że najważniejsze jest właśnie nagłośnienie. Jeśli jest dobry dźwięk, to ludziom chce się tańczyć. Klub jest miejscem, gdzie idziemy coś przeżyć, czegoś doświadczyć, a tym czymś jest muzyka, a u nas to, co powinno być głównym atutem klubu jest najczęściej zawalone. Cieszę się, że się rozwijamy, ale na prawdziwy klub musimy jeszcze trochę poczekać. Głównie ze względów finansowych niestety.
Sound Revolt: Skoro jesteśmy przy klubach. Dlaczego nie jesteś rezydentem żadnego z nich? Angelo Mike: Ja zawsze wystrzegałem się rezydentury. Przez całą swoją "karierę" podróżowałem i nie mogłem sobie pozwolić na uwiązanie do jednego miejsca. Poza tym klientela klubu w zasadzie się nie zmienia i w końcu taki DJ może stać się dla nich nudny. To nie chodzi o to, że on gra z tych samych płyt, bo każdy z nas dba o to, żeby były jak najczęściej zmieniane. Nudzi się styl. Choćby nie wiem jak był okraszany nowinkami, to ciągle to będzie ta sama muzyka. Tego się wystrzegam. Można powiedzieć, że jestem rezydentem na "Sentence Progressive Night", ale to nie jest prawdziwa rezydentura. Nie robimy przecież tych imprez 4 razy w miesiącu...
Sound Revolt: Jesteś prawdopodobnie jednym z najczęściej podróżujących didżejów w Polsce. Czy uważasz to za klucz do sukcesu? Bo takim przecież jest drugi z rzędu wybór na najpopularniejszego didżeja w plebiscycie czytelników Laifa. Angelo Mike: Tak, to prawda. W ten sposób mogłem zaprezentować swoje umiejętności zdecydowanie szerszej publiczności. Wiesz, kiedy ktoś Cię zobaczy i posłucha na żywo, to zostaniesz mu w głowie na długo. Podróżowanie na pewno dużo mi pomogło.
Sound Revolt: Co dała Ci ta wygrana? Angelo Mike: Dużo więcej bookingów i możliwość odwiedzania nowych miejsc.
Sound Revolt: Ale się cieszysz? Angelo Mike: Pewnie, że się cieszę! W końcu to ludzie mnie wybrali. Masz świadomość tego, że ci, dla których grasz, doceniają to i właśnie ciebie uważają za tego najlepszego. To cię motywuje do dalszego działania. To jest tak jak ze sportowcem, który wygrywa jakieś zawody. Przez kilka lat pracował i ten wysiłek dał efekty.
Sound Revolt: Jesteś w stanie jednoznacznie powiedzieć, czy wygrał DJ techno, progressive, czy trance? Prezentujesz różnorodne style na imprezach. Angelo Mike: Jednoznacznie nie. Większość ludzi pojmuje mnie jako DJ'a techno, ale ja nie gram takiej typowej najebki, tylko pumpin' techno. Ta muzyka jest trochę zbliżona do latino, zawiera elementy house, itd. Większość imprez w ubiegłym roku zagrałem właśnie w tym stylu. Problem polega na tym, że progressive, który jest mi teraz najbliższy stylowo, ciągle jest w Polsce za mało znany. Teraz czuję się w obowiązku uświadamiać ludzi, że istnieje jeszcze inna muzyka niż techno i powoli zaczynam to robić. Wprowadzam progressive do miejsc, w których do tej pory grało się wyłącznie techno. Polscy didżeje boją się ryzykować i grają to, co powinno się grać. Ja próbuję to przełamać. Progressive eksplodował na przestrzeni ostatnich kilku lat i ludzie u nas w końcu powinni zauważyć, że istnieje coś jeszcze obok prostego filtered house'u i najebki technicznej. Myślę, że ten rok przyniesie jeszcze więcej muzyki progresywnej.
[Poprzednia strona][Następna strona] Komentarze[12]
Dodaj komentarz
|