 Upłynęło już kilka miesięcy od ukazania się świetnej kompilacji „Blance 007”, jednak nam dopiero w sierpniu udało się porozmawiać z Chrisem o tym i owym. Było warto posłuchać o różnicach między Europą i USA oraz szczerych argumentów przeciwko szufladkowaniu DJ-ów i kategoryzowaniu muzyki w ogóle. Sound Revolt: Pierwsze pytanie dotyczy kompilacji „Balance”. Przyznaję, że moim zdaniem to jedna z najlepszych płyt jakie ukazały się kiedykolwiek. Spotykasz się może z innymi reakcjami na ten album? Są zawiedzieni? Chris Fortier: To nie jest tak, że zrobiłem nagle coś innego. Taka muzyka znajdowała coraz więcej miejsca w moich setach na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. Powoli oddalałem się od progressive, ale trudno powiedzieć, żebym podjął świadomą decyzję, że nie chcę już tej muzyki grać. Ciągle słucham każdej płyty, i jeśli ma coś interesującego w sobie, to ją później gram. Szukam jednak czegoś innego niż to co dotychczas zrobiłem. Znasz przecież te wszystkie brytyjskie labele, które co miesiąc wydają te same płyty. Wytwórnia wydaje płytę tribal house w marcu, a w kwietniu nieco inny tribal house z nieco innym samplem wokalnym. Przestałem też pozwalać na nagrywanie swoich setów, bo chciałem, żeby odbiorcy byli bardziej zaskoczeni nową płytą. Efekt był taki, że w niektórych miejscach trudno było ludziom zrozumieć to co stworzyłem, szczególnie tym, którzy są ściśle zapatrzeni w progressive. Tak, wielu się rozczarowało, mówili „jak on może grać taką muzykę?!”
Sound Revolt: Też spotykałem się z podobnymi reakcjami, jednak zawsze radziłem, żeby posłuchać tej płyty 5-6 razy by ją w końcu pokochać. Progressive jest bardziej przystępny, może dzięki tym wszystkim banalnym melodiom... Chris Fortier: Ale progressive house nigdy nie miał być melodyjny. Był taki moment, że melodie znowu stały się modne i każdy średniozaawansowany producent nauczył się jak je tworzyć przy użyciu programów komputerowych. Wszyscy nagle zaczęli kopiować Jamesa Holdena, jak np. Luke Chable. Potem skupili się na kopiowaniu melodii z „Airdrawndaggera” Sashy, co w efekcie dało całe hordy takich samych gówno wartych utworów. Wychodzisz do klubu i słyszysz jak ktoś mówi „uwielbiam tego artystę, słucham jego płyt i wszystkie brzmią tak samo!” Więc ja zdecydowałem się szukać czegoś innego. Jest co najmniej śmieszne, kiedy ludzie są szczerze wściekli, bo nie robisz tego samego co inni.
Sound Revolt: Skoro zmieniłeś styl, musiałeś też zmienić swoje źródła. Było łatwo? Chris Fortier: Na tym albumie są też starsze numery. Global Communications wyszło w 1996 i miałem tę płytę w swojej kolekcji. Kiedy słucham muzyki myślę sobie „ok, to się nadaje na płytę CD, to do radia, a to do klubu”, i w tych kategoriach buduję swoją płytotekę. Więc kiedy usiadłem do „Balance”, najpierw wyjąłem wszystkie płyty, które mam, zwracając uwagę na to czy brzmią świeżo albo czy da je poddać edycji. Przesłuchałem każdą płytę ponownie. Tak znalazłem np. produkcję Carla Craiga z 2002 roku oraz wiele innych nawet z 2000. Nie poszedłem do sklepu z płytami wołając „dajcie mi wszystko co macie, ale nie progressive”. Mozolnie odrabiam pracę domowe i spędzam masę czasu szukając muzyki. Traktuję to cholernie poważnie.
Sound Revolt: Cofnijmy się do twojej poprzedniej kompilacji „Audiotour”. Wiosną ubiegłego roku grałeś już niemal techno, by potem wydać kompilację w stylu progressive house i trance. Dlaczego? Chris Fortier: No nie wiem... Jest tam kilka trance’owych numerów pod koniec, ale to przecież jest kompilacja promująca wytwórnię. W środku jest dość technicznie. Pierwotnie pomysł był taki, żeby stworzyć promo mix, którym ludzie dzieliliby się między sobą. Poszliby potem do sklepu mówiąc „- O, świetny numer, co to jest? – Oczywiście Fade Records, jest w sprzedaży!” Więc taka była kocepcja. Wtedy jednak pojawiła się ta wytwórnia, ZYX, mówiąc, że chcą z nami ubić interes, więc co miałem powiedzieć? Nie mogli trafić w lepszy moment! Więc skończyło się na tym, że powstała kompilacja złożona z utworów, które za pierwszym razem nie trafiły w rynek i nie sprzedały się tak dobrze jak prognozowałem.
Sound Revolt: Na ostatnim „Layered Sounds” z Bedrock nie ma nawet nazwiska DJ-a, więc nie bardzo wiadomo kto to miksował. Ty zdecydowałeś się umieścić swoje na „Audiotour”. Chris Fortier: Bo tak naprawdę nie miksował tego prawdziwy DJ. Nawet John ułożył tylko wersję ambient i kilka innych rzeczy, ale nie siedział nad tym w studio, robił to ktoś inny. Mają inżyniera, który pomaga im tworzyć także inne albumy. Więc to nie jest prawdziwy set didżejski, tylko zwykłe przejścia z numeru na numer. Ja też nie chciałem, żeby moje nazwisko znalazło się na „Audiotour”, wymyśliłem nawet tytuł „Fade Records Presents Audiotour”. To dystrybutor chciał mieć Fortiera na okładce. Dodam jeszcze, że nie chciałem robić albumu retrospektywnego, bo mógłby wszystkich zanudzić. Dodałem więc także kilka jeszcze niewydanych wtedy utworów. Na przykład D-Shake – walczyłem o licencję specjalnie na potrzeby tego wydawnictwa, bo przecież grałem go już od kilku miesięcy.
Sound Revolt: „Layered Sounds 2” rzeczywiście mnie znudził. Wróćmy do „Balance”, a w zasadzie do trzeciej płyty, która świetnie wpisuje się w trend nowego electro. Wytwórnia EQ uruchomiła zaraz potem nową serię „Electric” z Gavinem Keitelem w pierwszej odsłonie. Myślisz, że poszli za ciosem? Chris Fortier: Nie, nie sądzę. Nie słyszałem albumu Gavina, ale jest raczej mocniej osadzony w stylach electro, house, old-school, Miami bass, Three O Three... Zacznijmy od tego, że na początku nie planowałem robić trzech kompilacji. Większość utworów z trzeciego dysku miała znaleźć się na pierwszych dwóch, ale chyba nie byłem zadowolony z efektu. Kilka płyt musiałem odrzucić, także tych, na których mi zależało, więc zadzwoniłem do wytwórni z pytaniem, co będzie jak przygotuję trzy dyski. W zasadzie nie powiedzieli od razu „nie”. Spytali dlaczego, więc im powiedziałem, że zostają mi płyty i bla, bla, bla. Więc nie powiedzieli „nie” i więcej o tym nie rozmawialiśmy. Postanowiłem zrobić swoje i zostawić ich z decyzją. Wracając do pytania, nie sądzę, żeby szli za ciosem. Po prostu dojrzeli sposobność, żeby głębiej wejść w electro, które jest coraz bardziej popularne na świecie, a w szczególności w Australii. Ten nurt rośnie w siłę.
[Następna strona] Komentarze[3]
Dodaj komentarz
|