...ciąg dalszy artykułu Sound Revolt: Tak samo jest z housem. Wiesz kto robi kolejny „Balance”? Desyn Masiello. Szykuje nam się kompilacja house’owa. Chris Fortier: Szykuje nam się kompilacja Desyna Masiello, czegokolwiek on tam słucha. Przecież kiedy ja nagrywałem „Balance” wszyscy myśleli, że to będzie progressive house. No i są ludzie, którzy ciągle w ten sposób tę płytę kategoryzują.
Sound Revolt: Myślisz, że Desyn też wszystkich zaskoczy? Chris Fortier: Mówię, że to nieco aroganckie spodziewać się po kimś tego czy tamtego, albo twierdzić, że ktoś jest taki, czy siaki. DJ-e, którzy próbują zrobić coś, czego się od nich oczekuje są artystami od siedmiu boleści. Nawet nie próbują się rozwijać. Desyn Masiello zaczynał tak, jak większość innych didżejów. Jestem pewien, że na swoich pierwszych imprezach grał progressive house, a teraz nazywasz go DJ-em house’owym. Ja rozróżniam muzykę złą i dobrą, a to co gram jest po prostu undergroundowym housem we wszelkich odmianach. Zawsze proszę ludzi, żeby usiedli przed kolumnami i spróbowali się zrelaksować zamiast prować wyłapać co dokładnie tam się w środku dzieje. Zrelaksujcie się, cieszcie się muzyką i pozwólcie się w niej znowu zatracić.
Sound Revolt: Ale jest przecież wyraźny ruch w kierunku nowych brzmień i gatunków. Wielu DJ-ów ucieka od progressive grając house, electro i kto wie co jeszcze. Słyszałeś ostatni mix Steve’a Portera dla Kiss100? Toż to jest gay house! Co się stało ze starym dobrym Porterem? Chris Fortier: Steve na pewno się rozwija. Kiedy miał 18-19 lat robił rzeczy w stylu energetycznego rave, bo takie numery wtedy grywał i w takim świecie się obracał. Ale ciągle jest otwarty na każdą muzykę i z każdym miesiącem poszerza swoje horyzonty. Problem w tym, że Steve od 4-5 lat produkuje także w stylach house i funky house, a ludzie nazywają to progressive... Nawet na „Homegrown” mówią progressive, co mi wcale nie pasuje. Nie pasuje mi też do niego nalepka „progressive house DJ”! Jest po prostu dobrym DJ-em... Wszystko jest względne. Nieustannie dostaję numery z niemieckich wytwórni, które teraz są w modzie. Niemcy są niewątpliwie gorącym źródłem muzyki...
Sound Revolt: Są także bardzo hermetycznym rynkiem. Mieszkam we Frankfurcie, gdzie trudno zlaleźć imprezę z muzyką inną niż minimal, techno, czy electro. Myślę, że oni o progressive nawet nie słyszeli. Chris Fortier: Masz rację, ale gdy gram płytę niemieckiego producenta i nikt nie wie co to jest, to mówią na to progressive house. Kiedy mówię im, że to z Niemiec mówią „OK, w takim razie niemiecki house”.
Sound Revolt: Trudno było złapać bookingi w Niemczech? To całkiem duży kraj, ale nie jesteś tu częstym gościem. Chris Fortier: Grałem tu wcześniej w ’96 i ’97 roku. Gość, który był organizatorem tych imprez pracował dla Intergroove. Było jedno takie miejsce, gdzie grano nie techno, tylko właśnie progressive. Interesujące, że klub był zawsze wypełniony po brzegi a ludzie wariowali na punkcie muzyki. Niestety nie było nikogo innego w tym kraju, kto chciałby coś podobnego robić, więc facet nie ruszał się z miejsca. Tak, trudno było tu zagrać. Ale najlepsze w Niemczech jest to, że mają swój własny muzyczny świat i nic nie jest w stanie nim zachwiać. I w zasadzie nie potrzebują reszty Europy, Anglii ani Ameryki – mają w dupie cały świat. Obchodzi ich tylko to co dzieje się w ich kraju i to jest świetne. W Stanach myślą, że trawa jest zielona tylko po drugiej stronie oceanu. „O, on jest z Anglii, więc oceniam go lepiej niż ciebie”. Każdy chce teraz mówić „cheers” i „mate”, a brzmi to żałośnie kiedy Amerykanin próbuje grać Brytyjczyka.
Sound Revolt: Dużo podróżujesz. Jak wyglądają twoje wycieczki do Europy? Lecisz w piątek, wracasz w poniedziałek do Stanów i znowu w piątek do Europy? Chris Fortier: Tak jest. W zasadzie wracam do Stanów już w niedziele. Tak jest lepiej, bo gdybym został, mógłbym narobić sobie problemów włócząc się po imprezach. Albo siedziałbym w hotelu, wydawał wszystkie pieniądze i tracił czas. Prowadzę Dance Record Pool, jestem managerem Steve’a Portera, no i wreszcie mam własne życie prywatne i karierę. Jestem żonaty, mam wytwórnię – to kosztuje sporo pracy, więc jeśli zabraknie mnie w domu, żeby się tym zająć... Wytwórnią zajmuję się sam i robię wszystko przy produkcji płyt. Nie jest tak, że wysyłam CD-R do dystrybutora i dostaję wytłoczone winyle na próg. Pracuję także nad każdym detalem kariery Portera. Balance Record Pool – tu oczywiście mam pomocników, ale osobiście konsultuję wszystkie posunięcia. No i moja żona...
[Poprzednia strona][Następna strona] Komentarze[3]
Dodaj komentarz
|