...ciąg dalszy artykułu Sound Revolt: Jak znajdujesz równowagę pomiędzy graniem rzeczy, które uważasz za dobre a graniem tego, co ludzie chcieliby usłyszeć, przy czym rozumiem przez to rzeczy bardziej komercyjne? Behrouz: Nie przepadam za graniem komercyjnych kawałków. Z jednej strony jestem didżejem a więc muszę ludziom dostarczać rozrywki i brać pod uwagę to, że kiedy przychodzą do klubu, to dlatego, że chcą się bawić. Z drugiej strony uważam się za artystę, oczywiście nie artystę pokroju Picassa, ale takiego, który z małych rzeczy, różnorodnych melodii, potrafi stworzyć swego rodzaju muzyczny obraz, będący odbiciem własnego stylu. Za pomocą muzyki zabieram ludzi w podróż i jednocześnie wyrażam moją osobowość. Do niektórych z nich dotrę i będzie się im podobać, do innych nie dotrę. Gram tylko taką muzykę, którą cenię. Czasami ludzie, którzy mnie nie znają i nie wiedzą, co gram myślą, że gram dużo tribali lub gejowskiego, pełnego wokali house’u. Po czym są bardzo zdziwieni, kiedy nareszcie usłyszą moje kawałki, podchodzą do mnie i mówią, że nie spodziewali się po mnie takiej muzyki. A ja jak już gram, na przykład, piosenki to wymagam, by wokale w utworach były zmysłowe, pełne seksu. Jeśli ktoś mówi mi, bym koniecznie zagrał coś ze strony A jakiejś płyty, to może się okazać, że dla mnie lepszym kawałkiem będzie ten na stronie B lub dub. Kiedy gram tech house, staram się obniżyć dźwięk w stosunku do oryginału i w ten sposób techniczny kawałek brzmi bardziej soulowo, ma cieplejsze, milsze brzmienie. Inną muzykę gram w dużych klubach na kilka tysięcy osób, inną w mniejszych a zupełnie inną w miejscach undergroundowych. Staram się przewidzieć, co takiego ludzie chcieliby usłyszeć. Na przykład kilka dni temu najpierw grałem na imprezie w klubie z wyższej półki i zagrałem tam dużo zmysłowych, pełnych seksu brzmień, po czym grałem na imprezie w klubie gejowskim. Zagrałem zupełnie inaczej, bo wiedziałem, że ludzie chcieli się tam po prostu zabawić i usłyszeć radosną muzykę, która poprawi im nastrój. Jeżeli jednak jest to impreza na 40,000 osób to wiem, że trudno jest utrzymać równowagę między komercją a graniem tego, co się lubi. Zazwyczaj ludzie oczekują wówczas, że będzie się cały czas grało kawałki, przy których będą mogli skakać i machać rękoma w górze. Takie z dużą ilością radosnego łomotu.
Sound Revolt: Zostałeś określony w jednym z artykułów jako „protegowany Deep Dishów”. Dla mnie brzmi to nieco zabawnie, bo jeżeli weźmie się pod uwagę Twoje i ich doświadczenie, to wydaje się, że raczej powinno być odwrotnie. Przyjaźnisz się z Alim i Sharanem od lat, znasz ich bardzo dobrze, jak oceniasz ewolucję ich brzmienia? Behrouz: To prawda, przyjaźnimy się od lat i nawet pracuję z założoną przez nich agencją didżejską. Zawsze mówiliśmy sobie o ciekawych kawałkach, które znajdowaliśmy, utworach, które pasowały do stylu muzyki, którą graliśmy. Byliśmy dla siebie inspiracją i pomagaliśmy sobie w pewien sposób odmłodzić swoje brzmienia. Zawsze otwarcie mówiłem im, co mi się podoba w ich muzyce a co nie, a oni odpowiadali mi tym samym. Kierunek, w którym zdecydowali się pójść, wybrali sobie sami a ja szanuję ich wybór. Czasami jest tak, że w pewnym momencie swojego życia siadasz, wyciągasz wódkę, pijesz i podejmujesz decyzję o tym, by od tej pory pewne rzeczy robić inaczej niż dotychczas. Możesz nazwać to ewolucją ich brzmienia, ale ja nadal będę ich szanować, za to, że są świetnymi producentami i didżejami.
Sound Revolt: Słyszałeś ich album „George Is On”? Podoba Ci się? Behrouz: Cóż, nie jestem wielkim fanem tego albumu. Powiedziałem to Aliemu i Sharanowi. Myślę, że problem polega na tym, że jeżeli w pewnym momencie zaczniesz grać dużo kawałków wypełnionych radosnym łomotem, to ludzie szybko przyzwyczajają się do takiego stylu gry i spodziewają się, że tak będziesz grać już zawsze. No i jeszcze za plecami masz swój management, który zainwestował dużo pieniędzy, i pcha cię w kierunku, który on uważa za najlepszy. Praktycznie wszyscy na ciebie naciskają, musisz sobie z tym jakoś radzić, co wcale nie jest łatwe.
Sound Revolt: Wracając do Twoich własnych produkcji myślę, że wiesz, jak robić dobre kompilacje, obydwie przygotowane dla wytwórni Yoshitoshi, czyli „In House We Trust 2” i „Yoshitoshi Ibiza” były świetne, wyprodukowany przez Ciebie kawałek „Safe From Harm” błyskawicznie dotarł do pierwszego miejsca listy Billboard. Jesteś didżejem od ponad dwudziestu lat, ale mam wrażenie, że jako producent jesteś nieco leniwy. Dlaczego tak jest? Behrouz: Wcale nie uważam, że jestem leniwy! Przede wszystkim, jeśli robi się to, co ja, to trzeba uważać, bo spotyka się mnóstwo nieciekawych ludzi lub takich, którzy myślą tylko w kategoriach pieniędzy. Dodatkowo, przygotowanie retrospektywnych kompilacji jednej wytwórni zabiera dużo czasu, głównie ze względu na ograniczony wybór utworów. Tak było również z miksami dla Yoshitoshi. Z 80 dobrze znanych kawałków, które były grane przez wielu didżejów, miałem wybrać kilkanaście, zatem stworzenie oryginalnie brzmiącej kompilacji wymagało ode mnie wiele wysiłku. Przygotowałem też płytę, którą wydała wytwórnia Renaissance, jako część pierwszego albumu w serii „Frontiers”. Jeżdżę i gram na całym świecie, pracuję nad nowymi remiksami i samodzielnymi produkcjami. Tak naprawdę nie poznaliście jeszcze Behrouza! Ale poznacie! (śmieje się).
Sound Revolt: Mamy taką nadzieję. W jednym ze swoich wywiadów powiedziałeś, że w każdym kraju, do którego przyjeżdżasz, starasz się dowiedzieć, jakiej muzyki ludzie tam słuchają i jakie są lokalne upodobania. Czy fakt, że przez lata podróży musiałeś dowiedzieć się sporo o lokalnych preferencjach, wpłynął na kształt Twojej kompilacji przygotowanej dla Renaissance? Behrouz: Ideą „Frontiers” było przedstawienie dwóch didżejów pochodzących z rozmaitych stron świata, posiadających już pewien dorobek i własne, wypracowane brzmienie. Ludzie z Renaissance sami zwrócili się do mnie z propozycją, bym przygotował dla nich kompilację, która później została wydana jako część „Frontiers”. Bardzo mi to pochlebiało, bo Renaissance to przecież znacząca wytwórnia. Nie wiedziałem, co Yousef umieści na swojej płycie, po prostu chciałem opowiedzieć swoją historię i pokazać, jaką muzykę lubię. Dlatego na mojej płycie znajdziecie dużo melodyjnych utworów i głębokich, zmysłowych brzmień. To jest właśnie moja muzyka. Nie chciałem przygotować kompilacji typowo klubowej. Wolałem, by była to płyta, której można słuchać ze swoją dziewczyną lub chłopakiem, lub podczas jazdy samochodem. Muzyka miała być ciepła, wprawiać w dobry nastrój i mam nadzieję, że udało mi się to osiągnąć.
Sound Revolt: Ile obecnie masz rezydentur? Behrouz: Dwie, jedną w Ruby Skye w San Francisco a drugą w Red Light w Paryżu.
[Poprzednia strona][Następna strona] Komentarze[5]
Dodaj komentarz
|