 Niewielu jest dziś DJ-ów, którzy odnieśli sukces, w ogóle nie produkując. Niepisany wymóg tworzenia muzyki, żeby wypromować swoje nazwisko trzyma w podziemiu wielu świetnych grajków. Jest jednak ktoś, kto nic sobie z tego nie robi i swoim unikalnym stylem podbija kluby na całym świecie. To samo zrobił w warszawskim On-Offie. Sound Revolt: Słyszałem niezwykłe rzeczy o DC10. Czy Tobie również przydarzyło się w tym klubie coś szalonego? Damian Lazarus: Sporo tego było. Większości akcji nie pamiętam. Części wolę nie pamiętać.
Sound Revolt: Jedną poproszę. Damian Lazarus: W zeszłym sezonie pobiłem własny rekord, zostając w klubie 16 godzin. Wcześniej bywałem po 10 godzin, ale nigdy dłużej. Jednak tym razem, było tak dobrze, że zostałem 16. W niedzielę grałem w Space a potem wraz z przyjaciółmi ok. 6:30 rano przenieśliśmy się do DC10 i wyszliśmy gdzieś o 23:30.
Sound Revolt: Nieźle. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że szukasz właściwej imprezy, by pokazać swojemu dziecku jak pracujesz. Zakładam, że nie byłaby to jedna z takich balang? Damian Lazarus: A owszem.
Sound Revolt: Byłaby? Damian Lazarus: Tak, ale uprzedziłbym ją ostrzeżeniem zdrowotnym (śmiech). No i moje dziecko musiałoby wiedzieć, że nie każda impreza jest taka. Że to właściwie ideał.
Sound Revolt: (śmiech) Myślisz, że będziesz dobrym wzorem do naśladowania? Jako zwierzę imprezowe? Damian Lazarus: Mam nadzieję. Ale wiesz, jestem też rozsądny. Ważne jest znać swoje granice.
Sound Revolt: 16 godzin to granica, jaką dziecko powinno znać. (śmiech) Damian Lazarus: (śmiech) Tak, ważne jest znać swoje granice i pić mnóstwo wody. (śmiech)
Sound Revolt: (śmiech) Muszę ci przypomnieć, że dziecku powinno się zalecać picie dużej ilości mleka, a nie wody. Damian Lazarus: (śmiech) Byle nie z narkotykami.
Sound Revolt: Dokładnie. Robisz imprezy wspólnie z Michaelem Mayerem. Jak doszło do tej kolaboracji? Damian Lazarus: Spotkaliśmy się na festiwalu Benicassim w Walencji. Graliśmy na niesamowitej imprezie o nazwie Freezer, po której udaliśmy się do mojego hotelu, mieszczącego się nieopodal klubu. Poszliśmy tam z grupką przyjaciół i wszyscy byli nieźle porobieni. Weszliśmy do hotelowego ogrodu, obok którego był basen. Wzięliśmy z Michaelem nasze iPody i graliśmy na bardzo małych głośnikach tylko dla swoich przyjaciół, pijąc i imprezując. Siedzieliśmy ponad ogrodem i basenem, gdzie było wielu, wielu innych ludzi i w pewnym momencie zauważyliśmy głośniki skierowane w kierunku tychże gości hotelowych. Wyciągnęliśmy z nich kabel i znaleźliśmy schowany za nami stół mikserski. Zaczęliśmy więc grać na cały hotel back to back z naszych iPodów. Graliśmy szalone techno dla małych dzieci i ich rodzin w basenie, potem przechodząc w klimaty chilloutowe. Zauważyliśmy z Michaelem, że mamy mnóstwo podobnej muzyki i zaczęliśmy o tym rozmawiać. Przelecieliśmy przez nasze iPody i zdumiewająco mieliśmy bardzo, bardzo dużo podobnej, starej muzy. Po tym ciężkim dniu, mocno od nas jechało i wpadliśmy na pomysł zrobienia wspólnej imprezy, którą nazwiemy Stink (ang. – smród).
[Następna strona] Komentarze[2]
Dodaj komentarz
|