Wygląda na to, że nasz polski przyjaciel ze Szwecji znalazł stałe ujście dla swoich fascynacji tech house’owym dubem. Dobrze to, czy źle? Dla Jeffa na pewno dobrze, bo żadna inna wytwórnia nie zgodziłaby się wydać tylu niemal jednakowych utworów, i to nawet na przestrzeni 10 lat. Szczęście, że Kung Fu Dub należy do Bennetta.
„Designated” w wersji oryginalnej to utwór, na który zareaguje każdy, któremu wpadają w ucho melodie radiowe, np. podczas jazdy samochodem, albo podczas golenia. Można sobie do tego nie tylko pogwizdać, ale też nawet potrząsnąć lewym ramieniem, kiedy praca za biurkiem uniemożliwia większą dozę szaleństwa. Coś jeszcze? A no niewiele. Przynajmniej ja niczego nowego w tym numerze nie znalazłem. Może remiksy?
Argentyna jest u mnie na topie, więc ochoczo przełączam się na „Lega Remix”. Ten jest trochę szybszy, bardziej regularny i dużo bardziej taneczny. Podejście producenta jednak zachowawcze, z wykorzystaniem najlepszych patentów Bennetta, czyli w zasadzie znowu to samo.
Na koniec „Acid Remix”, w którym ja osobiście kwasu nie znajduję. Utwór jest niczym innym, jak tylko jeszcze jedną wariacją na temat oryginału w rytmie 4/4. Nuda! Skoczna nuda.
Jestem zdania, że nieustanne kopiowanie samego siebie zaprowadzi Jeffa Bennetta do nikąd. Porównując choćby „Which is What” do „Designated”, nie da się nie zauważyć wykorzystania tych samych nut i schematów. Chciałoby się krzyknąć: w imię Boga, przestań
Zaloguj się by zagłosować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.
Wyświetlam: Oczekuje na 3 głosy (0)
Słaba
Dobra
Linki