Na ten album czekaliśmy dwa lata. Twórca takich hitów jak „Apollo Vibes” czy „Protected” zawsze znany był z nastrojowej nuty, ale na „Zero Gold” przeszedł samego siebie. Jego artystyczna wizja to 60 minut głębi, melancholii i piękna.
Benoit Franquet postanowił zagłębić się w fotelu, jedną nogę trzymając na scenie tanecznej i ta – z pozoru – ekwilibrystyka wyszła mu wyśmienicie. Na płycie najmocniejsze piętno odbijają cudowne piosenki, na których zaśpiewały dobrze znane już nam Shelley Harland, Sandra Ferretti i Kirsty Hawkshaw. „Abrasion” i „Scared To Lose” pachną Madonną z „Ray of Light”, lecz pomimo powiewu wtórności, słucham ich niemalże w kółko. Tak samo zresztą jak połamanego „Inner Turmoil”, który oczarowuje swoim zagmatwaniem. Duża ilość wokali jest na „Zero Gold” równoważona bardzo dobrymi progresywnymi, quasi tanecznymi kompozycjami i w efekcie otrzymujemy album, z którym bezkarnie i niemal niezauważalnie ucieka nam godzina naszego życia.
Ja już „straciłem” kilkanaście i choć wszystko to już gdzieś, kiedyś słyszałem, to nie jestem w stanie oderwać się od dzieła Benoit. Dzieła brzmiącego świetnie w całości i na wyrywki.
Zaloguj się by zagłosować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.
Wyświetlam: Wszystkie głosy (6)
Słaba
Dobra
Linki