|
| Wytwórnia: | Azuli | | Data wyd: | 28 mar 05 | | Nr kat: | AZCD 35 | | Recenzent: | Sebastian Napora | | Data rec: | 17 kwi 05 | | Format: | CD | | Ocena: |       |
|
|
CD1- Voices Of Africa - Hoomba Hoomba
- The Grid - Flotation
- T Tauri - Joy To The World (No Felt Mix)
- Hypnotone - Dreambeam (Ben Chapman 12" Remix)
- Smith & Mighty - Dark House
- Peech Boys - Don'T Make Me Wait
- Propaganda - Your Wildlife (Red Zone Mix)
- The Beat Club - Security 88 (Midnight Club Mix)
- Sheertaft - Cascades (Hypnotone Mix)
- Euphoria - Mercurial (Euphoric Original Mix)
- One Dove - White Dove (Scott Hardkiss' Psychic Masterbation Mix)
- Dance 2 Trance - We Came In Peace (John Digweed Re-Edit)
- Desert Storm - Desert Storm
- Abfart - Alone It'S Me (Alley Cat Edit)
- Underworld - Mmm Skyscraper I Love You (Jamscraper Mix)
CD2- Babble - Beautiful (Blue Mix)
- Waterlillies - Tempted (Spooky Remix)
- Inxs - Disappear (Morales Mix)
- Megatonk - Belgium (Nintendotone Mix)
- Dsk - What Would You Do (8 Minutes Of Madness Mix)
- Reese & Santonio - Rock To The Beat (With The Sound)
- Jody Watley - I'M The One (Def Dub Version, John Digweed Re-Edit)
- St Etienne - Cool Kids Of Death (Underworld Mix)
- Hi Bias - Drive It Home
- Young American Primitive - Young American Primitive?
- Djh & Steffy - Come On Boy (Larry Levan Remix)
- Secret Knowledge - Sugar Daddy
- Th Cure - A Forest (Mark Saunders Mix)
|
|
|
Jakoś zupełnie przypadkiem wpadłem na tę płytę, co ze względu na nazwisko autora może nieco dziwić. Jednak już po pierwszym przesłuchaniach okazało się, że promowanie tego albumu wśród fanów Digweeda – do których przecież się zaliczam – może okazać się pomysłem mało trafionym. Zacznę jednak u podstaw. Seria „Choice” sygnowana przez wytwórnię Azuli, to ukłon w stronę największych nazwisk sceny muzyki tanecznej, którym pozwala się wybrać i zmiksować klasyki wszech czasów. Oczywiście według własnego uznania. John Digweed zastosował kryterium, które raczej niewielu z młodych konserwatystów przypadnie do gustu. Nie znajdą bowiem tutaj mrocznego house’u ani jadącego progressive. Nie znajdą też długich, dwuminutowych „digweedowskich” miksów ani stawiających włosy breakdownów. Znajdą natomiast kawał historii muzyki począwszy od wczesnych lat 80. aż do minionej dekady. Pomysł mocno oryginalny jak na mistrza klubowych parkietów. Efekt jednak chyba znowu nie do końca piorunujący. Jeśli dla Johna „Hoomba Hoomba”, który otwiera płytę, czy „Don’t Make Me Wait” to klasyk wszechczasów, to ja się z taką oceną nie zgadzam. Klasyk ma wytrzymać próbę czasu a wiele z tych utworów dobrze brzmiało lata temu – teraz nie. Ale koniec końców płyty słucha się przyjemnie i wręcz ma swoje świetne momenty. Obcując z tym dziełem zdajemy sobie sprawę, że Digweed ma już nieco więcej niż 20 lat, i że „kilka” płyt już w swoim życiu kupił. Płyt z wielu półek w różnych sklepach, co i Wam wszystkim polecam.
Komentarze[1]
Dodaj komentarz
|