Słuchając 23. Fabrika, choćby na wyrywki, od razu wyczuwa się klasyczne brzmienie wytwórni, czyli industrialną elektronikę z pogranicza minimalnego electro. Po wcześniejszych, jakże różnych miksach Beyera, Digweeda i Heather, ten jest raczej kontynuacją „dziewiętnastki” Weatheralla.
Ivan Smagghe jest jednym z czołowych francuskich didżejów, którego popularność wybuchła dopiero w ostatnich trzech latach - głównie dzięki dobrej koniunkturze na electro, z którym Ivan jest łączony od zawsze. Sam chyba za tą etykietką nie przepada, bo album elektryczny jest tylko w połowie. I o ile ta pierwsza część, którą kończy genialny (popsuty niestety Lopazzem) „Heiden” Meyera, jest zbudowana narastająco i spójnie, to dalej zaczyna się momentami wręcz irytujący miszmasz. Techno, minimalny big-beat, funky, a nawet jedna rockowa piosenka, której znieść nie mogę – wszystko to na jednej płycie. Album jednak broni się miksowaniem. Smagghe bardzo sprawnie łączy poszczególne kawałki, jakby nic sobie nie robił z różnic w tonacjach, czy rytmice.
Muzycznych perełek tu nie ma. Na tle wspomnianego wcześniej Weatheralla, selekcja Smagghe’a wypada raczej blado. Płyta więc niczym wielkim nie zachwyca, ale na szczęście też niczym nie rozczarowuje.
Zaloguj się by zagłosować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.
Wyświetlam: Oczekuje na 3 głosy (0)
Słaba
Dobra
Linki