|
| Wytwórnia: | BNE | | Data wyd: | 06 lut 06 | | Nr kat: | YOYO73 | | Recenzent: | Sebastian Napora | | Data rec: | 22 lut 06 | | Format: | CD | | Ocena: |       |
|
|
CD 1 - Progressive- Those Good Old Days
- El Brujo
- Madadyo
- It Could Be Your Time
- Life On The Edge
- Primavera
- Salamat
- Nine Gates
- Inside Doors
- Come Home With Me
CD 2 – Downbeat- Long Desert Voyage
- Aurora Borealis
- Kivanlak
- Listen To Music Forever
- Bardo Thodol
- Path To Light
- The Kid, The Piano, The War
- Drongo
- Choice
- Ashray
- Dark Side Is Beauty
- Surrealist (Walking By Myself)
|
|
|
No cóż, lepiej późno niż wcale, i to przysłowie nie tylko dobrze pasuje do terminu, w którym piszę tę recenzję. Płyta Moshica, izraelskiego producenta, który swoją muzyką dosłownie zrewolucjonizował europejską scenę progressive, powinna była ukazać się co najmniej dwa lata temu. W 2003 roku Essential Mix Moshica odsłonił ogromny potencjał artystyczny drzemiący w producentach Izreala i Turcji, i to właśnie dzięki niemu dane nam było cieszyć się płynącą ze Wschodu niepokojącą nutę mrocznego progressive. To było trzy lata temu. Pierwsza płyta „Progressive” jest dokładnie taka, jak wypracowany przez lata styl artysty. Tępe brzmienie stopy, jednostajny bas, syczące talerze i masa różnych ozdobników w warstwie instrumentów perkusyjnych budują ciemne, ale energetyczne tło dla bliskowschodniej melodyki. A tę, oprócz „klasycznych” syntezatorów, tworzą sample tradycyjnych akustycznych instrumentów etnicznych oraz przejmujące pieśni hebrajskich wokalistów i wokalistek. Dramaturgii dopełnia gdzieniegdzie brzdęk tłuczonego szkła, czy odgłosy miotającego piaskiem wiatru. Problem w tym, że w ten sposób można scharakteryzować niemal każdy utwór na płycie „Progressive”, co niestety świadczy o tym, że i Moshic dał się złapać w pułapkę wtórnej kreatywności. W zasadzie tylko trzy numery robią na mnie ponadprzeciętne wrażenie: otwierający płytę „Those Good Old Days”, odważny wokalnie, zaśpiewany w iście morrisonowskim stylu „Inside Doors” i zamykający płytę „Come Home With Me”. Reszta, to beznamiętna progresywna papka na siłę ozdobiona wokalami wszelkiej maści, które już po 30 minutach słuchania wychodzą mi bokiem. Płyta „Downbeat”, to znowu niemal nieustanne śpiewy, choć tutaj Moshic nadaje im nieco inną, szamańską naturę. Już drugi utwór „Aurora Borealis” robi nadzieję na dobrą płytę do hamaka, jednak atmosfera intrygującego groove’u szybko ucieka wraz z kolejnymi wyjącymi wokalistkami. Mało tego, wszystkie dobre akcenty, jak choćby gitarowe akordy w „Bardo Thodol”, już na pewno gdzieś słyszałem, a banalna melodyka w „The Kid, the Piano, the War”, czy w niewyobrażalnie błahy „Dark Side is Beauty” do końca mnie zniechęcają. Płytę ratuje mariaż breakbeatu z world music w „Drongo” i genialnie transujący „Ashtray”. Moshic miał tą płytą przywrócić wiarę w powoli umierający progressive. Miał też szansę pokazać się z innej strony, być może nawet znowu być częścią czegoś ekscytującego i nowego. Zamiast tego postanowił dać się jeszcze przez chwilę ponieść reputacji króla undergroundu. Jaka szkoda.
Komentarze[8]
Dodaj komentarz
|