Global Underground to wytwórnia niezwykła. Dla jednych może i jedna z wielu, ale dla większości fanów muzyki tanecznej jest ona czymś więcej niż tylko logiem na płytach. Niekoniecznie trzeba być maniakiem ganiającym za najświeższymi wydawnictwami, żeby prędzej czy później dać się wciągnąć w gorączkę Global Underground. Wystarczy chwilę posiedzieć na brytyjskich forach internetowych. Spekulacje na temat domniemanych twórców przyszłych kompilacji to jedne z ulubionych zajęć fanów tej wytwórni. Nie wyszła jeszcze 25. kompilacja, a gdybania na temat Sashy pracującego nad numerem 26, rozrastają się do kilkuset postów.
W tym roku gorączka rosła z jeszcze jednego powodu. Chodziły głosy, że wytwórnia jest w dramatycznej sytuacji finansowej. Gdyby wierzyć plotkom to Global Underground bankrutowało kilka razy w miesiącu. Jednakże w marcu oficyna wydała oficjalne oświadczenie, zawierające plany na najbliższy rok, z których wynikało, że GU raczej zwyżkuje niż bankrutuje. Jednym z obwieszczonych przedsięwzięć było wydanie 25. kompilacji, której autorami mieli być giganci sceny tanecznej - Deep Dish. No i stało się! Na początku czerwca Global Underground zorganizował jubileuszową wycieczkę do Toronto, z której postanowiłem zdać Ci małe sprawozdanie.
Może jednak najpierw parę słów o przewodnikach naszej wyprawy. Pod nazwą Deep Dish kryją się Sharam Tayebi i Ali "Dubfire" Shirazinia. Jeżeli nigdy o nich nie słyszałeś, to chyba już najwyższy czas wyleźć spod kamienia. Zaczęło być o nich głośno już w połowie lat 90., a to głównie za sprawą remiksu utworu De'Lacy - "Hideaway" oraz dzięki współpracy z niejakim Brianem "BT" Transeau. Od tamtego czasu udało im się zdobyć między innymi nagrodę Grammy za najlepszy remiks 2002 (Dido - "Thank You"), a na DanceStar USA Awards ich płyta Global Underground: Moscow uznana została za najlepszą kompilację 2002 roku. Ich dokonania można by bardzo długo wyliczać. Muszę jeszcze nadmienić, że Deep Dish są właścicielami trzech wytwórni płytowych: Yoshitoshi, Schinichi, YO oraz agencji didżejskiej - Bullitt Bookings.
Mamy więc gigantów sceny tanecznej, wydających jubileuszową kompilację dla wytwórni o światowej renomie. Czegóż chcieć więcej? O tym za chwilę...
Pierwsza płyta tej składanki zaczyna się od mikstury złożonej z utworów "Diamond Life" i "Numb" w remiksie Meat Katie. Złamany, szorstki beat połączony z bardzo przyjaznym kobiecym wokalem każą nam się bujać już na początku płyty. Jednakże już następny numer wycisza odpowiednio nastrój i z ulgą uznajemy, że chyba wystarczy nam sił do końca. To właśnie drugi utwór - "Nightvisions" - nakreśla charakter najbliższych kilkudziesięciu minut. Jest nostalgicznie, bez fajerwerków, ale wcale nie nudno. Następnie wraz z "Sineweaver" przychodzi mocniejsza linia basowa, która konsekwentnie pcha nas w objęcia rozpędzonego już "Drop Beat" w remiksie Circulation. Zostajemy już na tym wyższym poziomie energii, ale "Rezin" wciąż kokietuje swoim dziwacznym beatem, więc nie wiemy czego się spodziewać. Niestety niespodzianka w postaci "In Love" trochę mnie wybiła z rytmu. Jakoś mi ten twisted, dirty house tutaj nie pasuje.
Jednak dzięki temu mniej przyjaznemu dla ucha momentowi, możemy w pełni delektować się następnym, moim ulubionym, numerem z całej kompilacji. That Kid Chris pod pseudonimem Electric Mood wraz z wokalistką Melanie mocno zaznaczają swoją obecność w Toronto. "Sacred Dance" to głębokie i czarujące dzieło podbite lekko tribalowym beatem, któremu nie sposób się oprzeć. No i zrobiło się troszkę progresywnie. "Satellite" wprowadza w mroczny klimat, do którego trochę światła wnosi nowa wersja dość starego numeru, czyli "Flying". Sultan & Greek swoim remiksem wyplewili to, co tak bardzo denerwowało mnie w oryginalnym miksie - infantylność. W zamian sekcja rytmiczna jest mocniejsza, a wokół rozchodzą się atmosferyczne sample.
Teraz pora na kolejny wokalny kawałek. Tym razem jest to remiks popowego przeboju "Doves". Nie pałam do tej produkcji miłością, ponieważ John Creamer i Stephane K nie odchamili jej w zadowalającym mnie stopniu. Rekompensuje mi to progresywny i galopujący "Until The End". Rozpędza się on jednak nieco nadaremno, bo dochodzimy do końca pierwszej płyty. Tytuł utworu wieńczącego krążek dobrze oddaje klimat, który wraz z nim następuje. "Only Your Love" wyśpiewany przez seksowny i romantyczny kobiecy głos, zostawia nas kołyszących się, z lekko rozchylonymi ustami.
Pobudka! Trzeba zmienić płytę :) CD 2 udaje jednak, że nic się nie stało. Znowu kobiecy wokal, z tą różnicą, że tym razem nie jest romantycznie, lecz imprezowo. Podobnie jak na pierwszej płycie, drugi numer spuszcza z tonu. Znów kobieta śpiewa? Tak, ale pomimo że "Time" zaczyna się niepozornie, to zdąży nas jeszcze zmiażdżyć pięknym epickim breakdownem i melodią na gitarze z subtelnym efektem. Niestety nic nie trwa wiecznie i właśnie przyszła pora na parę słów krytyki pod adresem Deep Dish. Naprawdę nie rozumiem jak można było wsadzić do świeżutkiej płyty tak ograny numer jak "Breezer"?! Nie wytrzymuję nawet minuty i przełączam na czwartą ścieżkę. Tutaj czeka już na mnie Sander Kleinenberg i jego "Work To Do", który swoją prostą budową i prostackim tekstem wyśpiewywanym przez Miss Bunty, w ogóle do mnie nie przemawia. Jakoś przetrwałem, ale następnego numeru znowu nie mogę zdzierżyć, bo oto dobiega do moich uszu "Krafty", przed którym zwykle bez zastanowienia uciekam z parkietu. To już drugi ograny przez wszystkich świętych numer na tej płycie. Od razu po "Kraftym" mamy jeszcze jego remiks w wykonaniu G-Pala, którego zabiegi przy przeróbce oryginału nie zasługują na uwagę. Po horrorze wreszcie przychodzi numer, którego nie znam, czyli "Lowriders Part 1". Niestety po chwili moja nadzieja na poprawienie nastroju znika, bo jakieś trąbki rodem z odpustu i klakson dużej ciężarówki okazują się być motywami przewodnimi tej "kompozycji". Czegoś się już jednak nauczyłem i nadstawiam drugi policzek. Bardzo słusznie, bo "The One I Run To" to kolejna porażka. Taki hit lata, czyli słodka piosenka, która musi się podobać. Tyle, że co to za wakacyjny szlagier, który wyszedł w kwietniu?! Na moje szczęście z krucjatą przybył Phil Kieran i zagłuszył złe myśli mocną linią buczącą. Trochę wyluzowałem, chociaż daleko mi jeszcze do śpiewania "Feel So Good". W zasadzie to czekam już tylko żeby usłyszeć, co nowego wymyślili panowie Maurice & Noble. No a wykombinowali całkiem fajny kawałek, w którym przygrywka na gitarze rodem z U2 idealnie wpasowuje się w breakdown. Uśmiechu na twarzy nie likwiduje mi również następny utwór. "Break Them Up" to rasowy big timer na modłę "Diabli" Funk D'Void. Słyszę też wyraźnie podobieństwa do innej legendy parkietów, a mianowicie "Knights Of The Jaguar". Przymknę oko na brak oryginalności i... wyłączę płytę zanim usłyszę "Nothing". Zagranie tak wyeksploatowanego kawałka na płycie Global Underground nazwę wprost - kompromitacja!
Szkoda, że takim słowem zmuszony jestem kończyć część opisową. Niech jednak surowa ocena drugiej płyty nie przyćmi wartości, jaką prezentuje sobą jej poprzedniczka. Deep house'owy i subtelny CD1 wybija się wysoko ponad progresywny drugi krążek i daję mu ocenę "4". Możliwe, że nie potrafię zdobyć się na obiektywizm, ponieważ połowa CD2 to numery, które mocno mi się przejadły. To jednak w niczym nie usprawiedliwia Deep Dishów, ponieważ od takiego wydawnictwa jak Global Underground oczekuje się muzyki, jeżeli nie odkrywczej, to przynajmniej nowej. Nie jestem przeciwny starym utworom, ale musi upłynąć trochę czasu przed ponownym zagraniem dawno wybrzmiałego już hitu. Deep Dish nie czekali. Dostają ode mnie żółtą kartkę i za drugą płytę tylko 2 punkty.
CD1
CD2
Zaloguj się by zagłosować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.
Wyświetlam: Wszystkie głosy (3)
Słaba
Dobra
Linki