|
- Grand National - Talk Amongst Yourselves
- Shpongle - Dorset Perception
- Petter - These Days
- Unkle - What Are You To Me?
- The Youngsters - Smile
- Spooky - Belong
- Unkle - In A State
- Lostep - Burma
- Felix Da Housecat - Watching Cars Go By
- Ulrich Schnauss - On My Own
|
|
|
Sasha. Żywa legenda. Mówi się, że jego sety didżejskie zostają w pamięci jeszcze długo, długo po imprezie. Niestety nie miałem szczęścia doświadczyć tego na własnej skórze, więc pozostaje mi na razie ślepo identyfikować się z tym kultem jednostki. Sasha niewątpliwie jednak ma też swoich wrogów. Mówią, że wcale nie jest kreatywny. Że gdyby nie Pro Tools niewiele by osiągnął. Że poprzedni album „Airdrawndagger” wyprodukował za niego Tom Holkenborg, bo rzekomo Sasha wszedł do studia jedynie z kilkoma melodiami zapisanymi w notesie. To pewnie wszystko wstrętne, złośliwe plotki. Na początku było 20-minutowe promo, które mocno zaostrzyło mój apetyt na cały album. W końcu i ten pewnego dnia pojawił się w mojej skrzynce na listy. Już pierwsze przesłuchanie pozwoliło mi domniemywać, że mam do czynienia z czymś zupełnie wyjątkowym i oryginalnym jak na muzykę elektroniczną. Postanowiłem więc przed napisaniem recenzji przesłuchać płytę kilkanaście razy, żeby czegoś w tym tekście potem nie żałować. Tak, bo teraz już wiem, że będzie raczej krytyczny. Mimo, że lista utworów płyty zawiera tylko wykonawcę i tytuł, to trzeba mieć świadomość, że producentem, a może raczej edytorem i remikserem tych nagrań jest sam Sasha. No, może nie do końca sam. Przejdę w końcu do muzyki. Album zaczyna się doskonale. Od samego początku rytm perkusji i linia basu wskazują na to, że będzie to płyta rockowo-elektroniczna. Gdyby tak zostało, byłoby cudownie, ale pojawiający się za chwilę wokal smakuje zupełnie jak Brit Pop, co już trochę mnie zniesmacza. Dalej trance corrida i szamańskie śpiewy w wykonaniu znowu bardzo popularnego Shpongle, przenikają w doskonale znany wszystkim fanom Holdena utwór „These Days” Pettera. Doskonale! Szkoda, że tylko przez dwie minuty, bo wokal z UNKLE na tych ścieżkach mógł tylko to dobre wrażenie popsuć. I popsuł! Ale spokojnie, wokale zniszczą jeszcze nie jeden dobry numer na tej płycie. Jak choćby najlepszą tutaj kompozycję „Smile”, która początkowo brzmi jak wspaniałe electro Anthony’ego Rothera z lekką domieszką house’u Laurenta Garniera, a później jak jedna z głupich piosenek Cher. Zawsze w tym momencie przychodzi mi do głowy myśl, że Sasha się po prostu zakochał! Sprawy nie polepsza chyba jedenasty już remiks utworu „Belong”, tym bardziej, że są lepsze od tego na „Involverze”. Lepsze, bo mniej popowe! Jest coraz gorzej – słychać „In a State”. Sasha pewnie chce komuś udowodnić, że zarżnie ten numer szybciej od „Cowpandera”. Ja już nie mogę tego słuchać, przykro mi. Bęcki należą się też za koszmarnie nudny remiks „Burmy”, w którym autor cudownie pozbył się z oryginału wszystkiego, co było w nim najciekawsze. Album ratuje Urlich Schnauss doskonałym, optymistycznym utworem „On My Own” z albumu „A Strangely Isolated Place”. Czy ja pisałem o słabej płycie? Nie, pisałem o płycie Sashy, po którym spodziewałem się jednak czegoś więcej. Miałem do tego pełne prawo, bo swoim poprzednim albumem narobił mi wielkich nadziei. Jest tu kilka genialnych wprost motywów i miksów, ale w całości płyta jest zbyt nużąca jak na pop i za mało kojąca jak na lounge. No i te wokale...
Komentarze[10]
Dodaj komentarz
|