Jak wyglądałaby scena progressive obu Ameryk, gdyby Chris Fortier nigdy się nie urodził? Na szczęście nigdy się o tym nie przekonamy i pozostaje nam się tylko cieszyć, że jedna z najbardziej zapracowanych postaci wciąż nie spoczywa na laurach. Oczywiście wpływy Chrisa już dawno sięgnęły poza Nowy Kontynent i od lat jest on jedną z najjaśniejszych didżejskich gwiazd na świecie. Zainteresowanych odsyłam do profilu Fortiera, a sam przejdę do jego najnowszych przedsięwzięć. A jest nim m.in. seria Fade Special Edition, którą otwiera „Despegue” – utwór, który po raz kolejny pokazuje, że Chris czuje się świetnie nie tylko za gramofonami. Tytuł po hiszpańsku oznacza start samolotu i jest to raczej aluzja do nowej serii, gdyż sama produkcja ze stopniowym wznoszeniem niewiele ma wspólnego. Bardziej adekwatne byłoby porównanie do walca, który od początku do końca miażdży z podobną siłą. Jednostajny house’owy beat i równie nieskomplikowany bas oparty na trzech dźwiękach pasują do tego obrazu jak ulał. Całości jednak o monotonię posądzić nie sposób, gdyż ciepło brzmiąca w tle warstwa rozlanych klawiszy i wprowadzona w połowie utworu melodia rodem z produkcji Sultana przykuwają uwagę bardzo skutecznie. Doskonały hipnotyzer! To samo tyczy się wersji Dub, w której wspomnianą melodię zastąpił breakdown. Trochę szkoda, bo według mnie to za mało zmian, by wypełniać drugą stronę winyla. Właśnie wróciłem z wakacji, lecz żałuję, że nie stało się to tydzień później. Oznaczałoby to bowiem, że polska edycja festiwalu Nature One nie została odwołana, a ja po raz trzeci miałem przyjemność posłuchać Chrisa Fortiera na żywo. Na szczęście „Despegue” i niedawno wydana kompilacja „Audio Tour” po części rekompensują tę stratę.
Komentarze[2]
Dodaj komentarz
|